• slide_9
  • slide_14
  • slide_1
  • slide_2
  • slide4
  • slide_7
  • slide_10
  • slide_8
  • slide_6
  • slide_12
  • slide3
  • slide_11
  • slide5
  • slide_13

Rys historyczny

 

 

 

 

LEKKOATLETYKA W ZAWISZY - 65 LAT

Autor: Wojciech Borakiewicz, Gazeta Wyborcza

 

Dzieje Sekcji Lekkoatletycznej Bydgoskiego Zawiszy (1946-2011)

 

Podobnie jak początki całego klubu, narodziny sekcji lekkoatletycznej w Zawiszy są ściśle związane z wojskiem. Pierwszymi   sportowcami-lekkoatletami   byli   żołnierze Dowództwa Okręgu Wojskowego II. Głównym organiza­torem pracy w sekcji lekkoatletycznej był jeszcze w Kosza­linie, u zarania istnienia klubu, por. Maksymilian Krupiński,  jednocześnie trener i sportowiec.  Latem   1946 roku   w   Koszalinie   zorganizowano   też   dwukrotnie zawody.  Dominowały skoki i biegi (przede wszystkim przełajowe)   z  powodu  braku  sprzętu  dla konkurencji technicznych. W połowie sierpnia zawodnicy z DOW II startowali   już   w   Spartakiadzie   Okręgowej   Wojska Polskiego.

Początki sekcji lekkiej atletyki (1946 - 1955) Za pierwszy start lekkoatletów-żołnierzy spod znaku Zawiszy na arenie ogólnopolskiej należy uznać występ w I Powojennych Mistrzostwach Wojska Polskiego, rozegranych od 22 do 25 września 1946 roku w Warszawie. Na trybunach stadionu Legii oglądało te zmagania kilka ty­sięcy ludzi. Lekkoatleci spisali się bardzo dobrze zajmując drużynowo trzecie miejsce za zespołami Marynarki Wojennej i Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Wicemistrzem Wojska Polskiego w pchnięciu kulą został plutonowy Roszak i to był pierwszy tytuł wicemistrza WP w dziejach Zawiszy. Uzyskał wówczas 11,93 m. W 1947 roku główni organizatorzy sekcji lekkoatletycz­na, w związku z przeniesieniem siedziby Dowództwa Okręgu Wojskowego II, zjawili się w Bydgoszczy. Bydgoszczanom ich nowi sportowcy zaprezentowali się najpierw w biegu o puchar „Ilustrowanego Kuriera Pol­skiego', ale sukcesów nie odnieśli.

W drugich mistrzostwach WP (Warszawa, 12-14 września) zawiszanie wygrali natomiast klasyfikację zespołową w rywalizacji lekkoatletów. Zdobyli także dwa pierwsze mistrzowskie tytuły. Kapitan Stanisław Lewandowski wy­grał skok w dal (6,34 m) a Gołaszewski bieg na 5000 m (16.23,4).

Rozwój sekcji był ograniczany przez brak bazy sportowej w Bydgoszczy. Jedynym obiektem lekkoatletycznym z prawdziwego zdarzenia był stadion Polonii. Poza tym dowództwo stawiało przede wszystkim na piłkę nożną i boks. Aż do roku 1952 sekcja działała tylko w strukturach

sportu wojskowego. Dopiero w marcu tego roku została oficjalnie zgłoszona do Polskiego Związku Lekkiej Atletyki.

Dlatego też w pierwszych latach działalności jej sukcesy zamykały się tylko w ramach rywalizacji sportowej w woj­sku. Rozgrywano konkurencje typowe dla armii. W 1950 roku w trakcie lekkoatletycznych mistrzostwa Okręgu Wojskowego Bydgoszcz odbył się np. rzut granatem, w którym najlepszy wynik osiągnął kapral Drosio, bijąc rekord Polski (83,71). Ta konkurencja była wówczas ofi­cjalną częścią zawodów lekkoatletycznych. W tych zawo­dach w 1950 roku wystartował także późniejszy twórca potęgi sekcji la Zawiszy. Podchorąży Edmund Milecki zwyciężył w skoku w dal z wynikiem 6,34 m. Spychani w klubie na dalszy plan lekkoatleci, przeżywają­cy kłopoty ze sprzętem i kadrą szkoleniową osiągali także coraz słabsze wyniki w mistrzostwach wojska polskiego np. w finałach Spartakiady WP w 1951 roku wystartowa­ło zaledwie kilku bydgoszczan.

Prawdziwym przełomem dla lekkiej atletyki był jednak rok 1953. Wtedy, na przełomie kwietnia i maja, do OWKS przeszła praktycznie w całości drużyna lekkoatle­tów bydgoskiej Gwardii (dziś Polonii) razem z trenerem Mieczysławem Mućko. Byli wśród nich trójskoczek Zygfryd Weinberg, sprinterka Eulalia Szwajkowska (oboje olimpijczycy z Helsinek), młociarz Bogdan Masłowski i długodystansowiec Alojzy Graj. Sami zawodnicy uzasadniali zmianę barw klubowych lep­szymi warunkami do rozwoju, jakich nie był w stanie zapewnić im klub milicyjny.

- Nie chcieliśmy uprawiać sportu w cieniu piłkarzy, zaś w Gwardii liczyła się tylko piłka nożna. Natomiast w OWKS zainteresowanie kierownictwa i zarządu rozkła­dało się równomiernie na wszystkie sekcje. Pracę i wyniki oceniano tu według uzyskanych rezultatów, a nie według tego, jaką reprezentuje dyscyplinę - tak trener Mieczysław Mućko tłumaczył przyczyny zmiany barw. Mućko, twórca sportowych fundamentów sekcji la, pochodził z Wilna. Do Bydgoszczy przyjechał w 1945 z obozu w ZSRR. Pierwsze kroki skierował od razu na sta­dion miejski przy ul. Sportowej. Zabrakło potem dla niego z tego powodu wolnych kwater przeznaczonych dla repatriantów. Zanocował więc na dworcu kolejowym.

Zaczął pracować jako instruktor w KKS Brda. Potem szkolił sportowców w HKS (1947-49), skąd przeszedł do Gwardii i wreszcie do OWKS. W tym klubie szczególnie zajął się biegami średnimi i długimi. Pod okiem Mućki trenowali Graj, Wacław Ziółkowski, Kazimierz Żbikowski, Roman Kreft a później gwiazdy Zawiszy: Kazimierz Zimny i Zdzisław Krzyszkowiak.

W 1953 roku przejście grupy zawodników z Mućką na czele stało się powodem do konfliktu miedzy oboma klubami.

Ówczesna prasa nie nagłaśniała konfliktu, pisząc w typo­wej dla lat 50-tych stylistyce: „W serdecznej i przyjaznej atmosferze przedstawiciele zarządów dwóch bratnich zrzeszeń omówili formy ścisłej współpracy i wymiany swych doświadczeń. Duży nacisk położono na urządzanie wspól­nych imprez, rozwijanie szlachetnej rywalizacji sportowej, mobilizowanie najszerszych rzesz sportowców do walki o jak najlepsze wyniki oraz na zwalczanie wszelkich przejawów niesportowego zachowania się zawodników, działaczy i sym­patyków zrzeszeń. Celem nawiązania trwałej i serdecznej współpracy między OWKS i ZS Gwardia postanowiono przeprowadzić zebranie członków ZS Gwardia i OWKS celem omówienia tej współpracy"- tonowała spór „Gazeta Pomorska"

Faktem jest, że rok 1953 był właściwym początkiem sukcesów i szkolenia w sekcji lekkoatletycznej, której przewodniczącym był Jerzy Grzanka (kierował sekcją w latach 1952-54). W tym czasie zawodnicy Zawiszy zdobyli cztery tytuły mistrzów Polski i l O razy wygrywali podczas mistrzostw Wojska Polskiego. Nie byłoby tych sukcesów bez pracy trenera Mućko i zawodników rodem z Gwardii (Polonii).

W 1953 roku sekcja liczyła 25 lekkoatletów i 20 lekko-atletek. Sezon rozpoczęli od mistrzostwa Polski w prze­łajach zdobytego przez Grają, a w mistrzostwach kraju wywalczyli trzy złote medale: Janina Słowińska w skoku wzwyż (1,48 m), Kazimierz Żbikowski na 1500 m (3.59,4) i Zygfryd Weinberg w trójskoku (14,97 m). Czwarty złoty medal przywiózł Nikodem Goździalski, który biegł w sztafecie 4 razy 100 m w reprezentacji zrzeszenia CWKS. Rok później zawodnicy Zawiszy: Słowińska, Caban-Szwajkowska, Żbikowski, Graj, Kreft, Weinberg, młociarz Alfons Nikłaś znaleźli się w reprezentacji Polski. Znaleźli się w pierwszej grupie lekkoatletów, która zaczęła tworzyć późniejszy polski Wunderteam. W tym czasie kierownikiem sekcji lekkoatletycznej (1954-59) jest już Edmund Milecki. Do historii polskiego sportu zapisał się zimą 1954 roku

średniodystansowiec Żbikowski. W halowych mistrzost­wach Polski rozegranych 7-8 lutego w Poznaniu pobił rekord Polski na 3000 metrów (8.49,6), który należał do Janusza Kusocińskiego od lat przedwojennych. Latem, w memoriale Kusocińskiego, rekord kraju bije trójskoczek Weinberg (15,22 m), a po raz drugi popra­wia go w mistrzostwach Polski wynikiem 15,29. W tej samej imprezie Graj wygrywa na 5000 m z Jerzym Chromikiem (14.22,0), a potem zdobywa złoty medal na dystansie 1500 m (3.50,4). Nikłaś zwycięża w rzucie młotem (55,17), Goździalski ponownie biegnie w zwy­cięskiej sztafecie zrzeszenia CKWS.

Zawisza wkracza także na największe areny międzynaro­dowe. Pięciu lekkoatletów Zawiszy wystartowało w 1954 roku w reprezentacji Polski na mistrzostwach  Europy w Bernie   (22-29  sierpnia).   Najlepszy start zanotował trójskoczek Weinberg, który zajął 4. miejsce (14,91). Powtórzenie rezultatu z mistrzostw Polski dałoby mu medal. W tych samych zawodach w Szwajcarii Graj był dziesiąty w biegu na 5000 m, Żbikowski odpadł w elimi­nacjach na 1500 m, a sprintera Goździalskiego spotkało to samo na 100 i 4 razy 100 metrów. Piątym sportowcem z Bydgoszczy był Jan Miecznikowski, który nie ukończył biegu na 10000 m, a po zawodach nie wrócił do kraju. Wyjechał do USA, gdzie jako John Macy osiągał spore sukcesy, szczególnie w biegach halowych. Kolejnym, przełomowym wydarzeniem dla lekkoatletycz­nej sekcji był rok 1955, w którym zaczęto budować sta­dion. Prace nad obiektem rozpoczęły się w lipcu, a spor­towcy bydgoskiego klubu odgrywają coraz większą rolę w polskiej lekkiej atletyce. Biją kolejne rekordy Polski. Janina Słowińska poprawia w lutym 1955 w halowych mistrzostwach Polski rekord kraju na 80 m ppł z wynikiem 12,0 s. We wrześniu, w Budapeszcie, Roman Kreft popra­wił rekordowy rezultat w biegu na 800 m (1.48,9). W tym samym roku zawodnikiem Zawiszy staje się także Zdzisław Krzyszkowiak.

- Dostałem propozycję z Pomorskiego Okręgu Wojskowego, aby przenieść się do Bydgoszczy. Natychmiast się zgodziłem, bo zyskiwałem 5-6 godzin dziennie na treningi. Tyle bowiem czasu zajmowały mi w Warszawie dojazdy tramwa­jami na Bielany. W Bydgoszczy miałem idealne warunki do treningu. Mieszkanie na Sosnowej (obecnie ul. Czerkaska) na Os. Leśnym, bliziutko stadionu. Wtedy było tam tylko Makrum i od razu las. Praktycznie budowałem stadion Zawiszy - wspominał swoje przenosiny do Bydgoszczy Krzyszkowiak. Po przerwie spowodowanej kontuzją wystartował dopiero w październiku w Paryżu w trójmeczu Francja-Polska-Finlandia.   W  biegu   na   10000   metrów   uległ  tylko Francuzowi Alainowi Mimounowi, a na 5 kilometrów był trzeci. W trójmeczu w polskiej reprezentacji wystartował aż 6  zawodników  CWKS   (taka  była wtedy  oficjalna nazwa Zawiszy). W kolejnym trójmeczu przeciwko NRD i Belgii było ich siedmiu. Udany sezon zakończyły mistrzostwa Polski, w których bydgoszczanie zdobyli l tytuł mistrzowski (Weinberg w trójskoku; a Goździalski po raz trzeci z rzędu biegł w zwycięskiej sztafecie CWKS) i 5 srebrnych medali.

Złote lata lekkiej atletyki w Zawiszy (1956-1966)
Początek sukcesów polskiego wunderteamu to także

początek złotej ery w lekkoatletyce bydgoskiego klubu. Nic dziwnego, bo najsławniejszą drużynę w dziejach polskiego sportu współtworzyli w dużej części   lekkoatleci.

Według Bohdana Tomaszewskiego wunderteam, choć tę nazwę pierwsi użyli niemieccy dziennikarze w roku 1957, narodził się  podczas   meczu  Polska-Węgry wygranego

przez Polaków w lipcu 1956 roku 107:104. Uczestniczył w nim też kulomiot Józef Auksztulewicz, który wygrał swoją konkurencję  oraz Alfons  Nikłaś   (młot),   Stefan Kryża, Alojzy Graj (obaj 1500 m), Wacław Ziółkowski (3km z przeszk.) i Kazimierz Zimny (5 km). Krzyszkowiak nie wystartował z powodu kontuzji.
Najważniejszą imprezą 1956 roku były igrzyska olimpijskie w
Melbourne. Szansę na wyjazd do Australii mieli Niklas, Krzyszkowiak i Zimny. Losy Zimnego wahały się do ostatniej chwili. Zdecydował jego bardzo dobry wynik w biegu na 5000 m podczas mityngu w Brukseli. Stan na igrzyskach nie wyszedł jednak Zimnemu. Już w trakcie biegu eliminacyjnego na 5000 m na olimpiadzie doznał kontuzji i go nie ukończył. Do Polski wrócił o kulach. Pechowo wystartował Nikłaś. Tadeusz Rut, drugi polski młociarz, rzucił tylko 53,43 m i zajął 14. miejsce. Nikłaś pozostał sam w finale. W pierwszej kolejce osiągnął 57,70 m. co dało mu dziesiąte miejsce, pozostałe dwa rzuty były spalone (w jednej z ostatnich prób, uznanych problema-rvcznie za spaloną, rzucił daleko i ten wynik dałby mu miejsce w czołowej szóstce).

Najbliżej medalu był Krzyszkowiak. W biegu na 10000 m zajął miejsce tuż za podium. Ten finał odbywał się już pierwszego dnia igrzysk w Melbourne. -Krzyszkowiak trzymał się dzielnie i przybiegł czwarty, Zdaje się, że nie doceniał swoich możliwości. Zbytnio trzy­mał się końca drugiej grupy i aż trzykrotnie odpadał od

Węgra Kovacsa i Australijczyka Lawrence'a, Gonił ich potem razem ze słabnącym Anglikiem Norrisem i te pościgi kosztowały go sporo siły. Kovacs i Lawrence zdobyli medale, gdyż postawili wszystko na jedną kartę. Ambitny, lecz nieufny w swoje siły Polak pobiegł bardziej defensywnie. Nie byłem prorokiem pisząc po biegu, że niewątpliwie w przy­szłości Krzyszkowiaka stać będzie na poprawienie świetnego wyniku, jaki uzyskał w Melbourne - 29.00,00. Był to nowy rekord Polski...

Powracając do biegu w Melbourne przypomnijmy, że sytua­cja na bieżni była tak pogmatwana, iż w końcowej partii biegu niełatwo było się zorientować, gdzie znalazł się Pirie, na którym  miejscu znalazł się Lawrence,  a  na którym Norris. Nawet pomyliła się komisja sędziowska. Najpierw podała, że na czwartym miejscu był Pobradnik. Dopiero po paru godzinach sprostowano, że Niemiec przybiegł o jedno okrążenie za mało. Wówczas dopiero czwarte miejsce przyz­nano   Polakowi"   -   tak   opisuje   bieg   Krzyszkowiaka naoczny świadek tamtego wydarzenia Bohdan Toma-szewski w książce „Kariera z kolcami". Drugą konkurencją, do jakiej Krzyszkowiak został zgło­szony w Melbourne był bieg na 3 kilometry z przeszkoda­mi. To kolejny przyczynek do „kariery z kolcami" sław­nego lekkoatlety, którego starty usiane były pechem. Na olimpiadzie w 1956 roku Krzyszkowiak pobiegł w drugiej eliminacji.   Wybrał  spokojną   taktykę,   mając   przecież w nogach wyczerpujący start na 10 kilometrów. Na ostat­nim okrążeniu przyspiesza i ze środka stawki awansuje do czołówki.   Na  przedostatniej  przeszkodzie Amerykanin Jones uderza go łokciem. Krzyszkowiak upada, ale wstaje, i choć na spore obtarcia skóry po upadku na żużlową bieżnię, kwalifikuje się ostatecznie do stawki finałowej z czasem 8.48,0.

Niestety w finale nie pobiegł, bo dzień przed nim został w wiosce olimpijskiej pogryziony przez psa i z powodu ran start był niemożliwy.

Rok 1956 jest też ważny z tego powodu, że w sekcji Zawiszy zorganizowano wówczas pracę z juniorami, a in­struktorami zostali starsi zawodnicy: Nikodem Goździal­ski, Gabriela Nowak i Janina Słowińska. Pod koniec roku w grupie tzw. orlików trenowało już 280 dziewcząt i chłopców.

W 1957 roku, na fali popaździernikowej odwilży, przy­wrócono tradycyjną nazwę bydgoskiego klubu. CWKS stał się ponownie - jak to było do 1950 roku - Zawiszą. 17 sierpnia klub zyskał osobowość prawną, a sekcja lekkiej atletyki stała się jedną z 9 istniejących wówczas sekcji WKS Zawisza.

W czerwcu w Sopocie odbył się pierwszy rzut nowo zor­ganizowanych Drużynowych Mistrzostw Polski, w któ­rym zespół Zawiszy zajął pierwsze miejsce. Ostateczny finał tych rozgrywek odbył się 26-27 października na otwartym 17 czerwca 1956 roku, nowym stadionie Zawi­szy w Bydgoszczy, gdzie lekkoatleci WKS wygrali z dwo­ma stołecznymi zespołami: Legią oraz AZS. To był oczekiwany sukces, bo lekkoatleci Zawiszy stano­wili podporę reprezentacji Polski w wielu meczach mię­dzypaństwowych, które wówczas się odbywały. Odnosili też sukcesy na najważniejszych mityngach. Najbardziej prestiżowym w kraju był oczywiście memo­riał Janusza Kusocińskiego. W 1957 roku startowało w nim 10 zawodników Zawiszy, a swoją konkurencję - bieg na 3000 metrów - wygrał Krzyszkowiak (7.58,2 s), a drugie miejsce zajął Kazimierz Zimny. Obaj zawiszanie wyprzedzili wielu znakomitych zawodników m.in. świet­nego Francuza Michela Jazy.

Zimny wygrywa potem 1500 m (3.47,0) w zawodach w Brukseli, zdobywając tytuł mistrza „Nocturne de Champions" oraz w Paryżu (3.46,8). W annałach polskiej lekkiej atletyki najmocniej zapisał się jednak mecz Polska - Niemiecka Republika Federalna, który odbył się 13 i 14 lipca w Stuttgarcie. To po nim zaczęto nazywać biało-czerwoną drużynę wunderteamem czyli cudownym zespołem. Na Neckarstadion w barwach naszego kraju wystartowało 6 zawodników Zawiszy. Krzyszkowiak odniósł dwa zwycięstwa (3 km z przeszko­dami i 5 km), drugie miejsca zajęli Zimny (5 km) i Nikłaś (miot). Trzeci w pchnięciu kulą był Kwiatkowski, a czwarte pozycje zajęli Wacław Ziółkowski (3 km z prze-szk.) i Graj (10 km).

Krzyszkowiak po tym spotkaniu na mityngu w Kolonii wygrał jeszcze 5 km uzyskując najlepszy w 1957 roku czas w Europie (13.55,8).

Polski wunderteam wygrywa jeszcze prestiżowy mecz z Wielką Brytanią (6-7 września w Warszawie). Znako­micie spisał się w nim Ziółkowski zajmując drugą pozycję na 3 km z przeszkodami. Przedzielenie świetnych Brytyj­czyków było wielkim sukcesem, za co zawiszanin otrzy­mał ogromne brawa. Na 5 km drugi był Krzyszkowiak a trzeci - Zimny. W kuli trzecie miejsce zajął Kwiatko­wski, a na 80 metrów przez płotki czwarte - Janina Słowińska.

Tydzień po pojedynku z Brytyjczykami odbyły się mis­trzostwa Polski, gdzie Zawisza zdobył 11 medali, w tym 4 złote (Beata Zbikowska na 400 i 800 m, Krzyszkowiak na 5 km i Auksztulewicz w kuli).

Kolejny rok - 1958 - to czas, w którym Europa prze­konała się o wielkiej sportowej klasie Krzyszkowiaka. Zwycięzca wielu biegów w memoriałach i meczach międzypaństwowych okazał się najlepszym lekkoatletą mistrzostw Europy w Sztokholmie. Co więcej wygrał plebiscyt na najlepszego sportowca Europy. - 1958 rok to byt rok naszych szczytowych osiągnięć. Jeszcze nigdy nie mieliśmy takich wyników - oceniał ten okres ppłk Witold Charasz, ówczesny wiceprezes Zawiszy ds. sportowych.

Wspaniałe sukcesy Krzyszkowiaka w Sztokholmie zaczęły się już pierwszego dnia mistrzostw Europy - 19 sierpnia. Wtedy, jako ostatnią konkurencję, rozegrano bowiem bieg na 10 km. Zawodnik Zawiszy miał 21 rywali. Na początku tempo forsował Anglik Eldon, który po trzecim kilometrze miał 30 metrów przewagi nad rywalami. Ściga go Krzyszkowiak i tuż po półmetku dogania Anglika. Eldon nie daje za wygraną i ponownie zdobywa 20 metrów przewagi. Dwa okrążenia przed metą atak zaczy­na Polak. 500 metrów przed nią Krzyszkowiak zaczyna finisz a dystans między nim oraz Jewgenijem Żukowem i Nikołajem Pudowem z ZSRR rośnie w oczach. Na metę wbiega z 70-metrową przewagą i nowym rekordem Polski - 28.56,0.

„Przegląd Sportowy" pisał wówczas na pierwszej stronie „Złoto 10000 m Zdzisława Krzyszkowiaka plus rekord Polski na inaugurację mistrzostw Europy" Cztery dni później w Sztokholmie odbył się finał 5 km, w którym polskich barw bronili: Krzyszkowiak i Zimny. Tylko dwaj, bo według ówczesnych przepisów mogło wystartować tylu sportowców z jednego kraju. Szkoda, bo Zawisza miał jeszcze Mariana Jochmana, posiadacza 6. czasu na 5 km w Europie (Zimny nie był już wtedy zawodnikiem WKS). Była szansa na zdobycie drugiego medalu przez lekkoatletów Zawiszy. Skończyło się jednak i tak ogromnym i niepowtarzalnym sukcesem polskiej lekkiej atletyki: złotym medalem Krzyszkowiaka i sre­brnym Zimnego.

Warunki atmosferyczne w stolicy Szwecji były 23 sierpnia 1958 roku fatalne. Lało jak z cebra. Pierwszy tor nie nadawał się do użytku, więc zawodnicy musieli go omijać. Deszcz ucieszył Krzyszkowiaka, który lubił bardziej takie warunki niż upał. Liderem biegu długo był Zimny. Jego kolega biegł spokojnie w środku grupy, licząc na swój znakomity długi finisz. Kilometr przed metą rozpoczyna się wspólna polska ofensywa. Szybko zgubili rywali, Anglików Gordona Piriego i Petera Clarke'a. Krzyszkowiak minął metę w czasie 13.53,4. Zimny był wolniejszy o niespełna dwie sekundy. Trzeci Pirie stracił już ponad 8 sekund.

W Sztokholmie startował jeszcze jeden zawiszanin, Eugeniusz Kwiatkowski, który zajął jedenaste miejsce w pchnięciu kulą (16,33 m).

Mistrzostwa Europy były apogeum medalowych osiągnięć wunderteamu, ale trzy tygodnie przed nimi odbył się legendarny mecz Polska - USA, który na Stadionie Dzie­sięciolecia oglądało 100 tyś. widzów. Udział w tym pojedynku (Polacy ostatecznie przegrali 97:115 z Amerykanami, Polki zwyciężyły 54:52) mieli oczywiście zawiszanie. Jochman zaliczył drugie miejsce na 5 kilometrów - przegrał z Zimnym. Krzyszkowiak star­tował na 3 km z przeszkodami i też był drugi, za Jerzym Chromikiem, który w tym biegu pobił rekord świata. Na koniec roku Krzyszkowiak osiągnął jeszcze jeden, wielki sukces. Dwukrotny złoty medalista mistrzostw Europy wygrał także plebiscyt „Przeglądu Sportowego" na najlepszego sportowca Polski.

Ten laur odebrał 11 stycznia 1959 na tradycyjnym Balu Mistrzów Sportu. Niestety tylko początek tego roku był szczęśliwy  dla  Krzyszkowiaka.   Niemal  połowę  sezonu pauzował potem z powodu choroby żołądka. Sekcja lekkoatletyczna zyskuje  kolejnych  znakomitych zawodników. W maju Jerzy Kowalski niespodziewanie poprawia rekord Polski na 200 metrów (21,0), który miał już 10 lat. Jochman zastępuje Krzyszkowiaka w pojedynkach na mityngach w Europie. Jest np. drugi na British Games w Londynie na l milę. W mistrzostwach Polski lekkoatleci Zawiszy zdobywają cztery mistrzowskie tytuły: Kowalski - 200 m, Karolina Łukaszczyk - 400 m, Joch­man - 1500 m, Krzyszkowiak - 5 km.

Rok 1960 to czas olimpiady w Rzymie i czas wielkich sukcesów porównywalnych ze sztokholmskimi mistrzost­wami Europy. W roku olimpijskim lekkoatleci Zawiszy poprawiali sześciokrotnie rekordy Polski.  Uczynili to: Krzyszkowiak na 3 km z przeszkodami i 10 km; Łukaszczyk i Kowalski na 400 m kobiet i mężczyzn, Zdzisław Kumiszcze na 200 m ppł oraz sztafeta 4 razy 400 metrów w składzie Sukowski, Kaźmierski, Bruszkowski, Kowalski. Rok 1960 rozpoczął się już bardzo dobrze, bo w kwietniu w Skarżysku złote medale w przełajowych mistrzostwach Polski zdobyli Jochman (na 3 km) oraz Krzyszkowiak (6 km). Obecny patron  stadionu  sygnalizował bardzo  wysoką formę. W czerwcu najpierw zwyciężył rywali m.in. Piotra Bołotnikowa z ZSRR w biegu na 3 km podczas memo­riału Kusocińskiego. Pod koniec tego miesiąca poprawił rekord świata na 3 km z. przeszkodami. Stało się to 25 czerwca w trakcie meczu Polska - Federacja Rosyjska roz­grywanego w Tulę. Niesłychanie ostre tempo narzucił wówczas lekkoatleta z ZSRR Nikołaj Sokołów. Krzyszko­wiak wyprzedził go dopiero na ostatnim rowie z wodą. Na mecie uzyskał czas 8.31,4 - odebrał rekord świata swemu wielkiemu rywalowi, Jerzemu Chromikowi. W najważniejszej sportowej imprezie tego roku, igrzys­kach olimpijskich w Rzymie wystartowało sześciu lekko­atletów Zawiszy: Krzyszkowiak (3 km z przeszk. i 10 km), Eugeniusz Kwiatkowski (pchnięcie kulą), Zdzisław Ku­miszcze (400 m ppł), Jerzy Kowalski (400 m i 4 razy 400 m), Jan Jaskólski (trójskok) i Marian Jochman (5 km). Krzyszkowiak musiał się przebijać do finału biegu przeszkodowego przez eliminacje. Startował w drugiej serii i zwyciężył z najlepszym wynikiem spośród trzech biegów kwalifikacyjnych - 8.40,6 s. W jednej z nich odpadł także mistrz Europy ze Sztokholmu na tym dys­tansie Chromik i Krzyszkowiak był jedynym Polakiem w finale, który odbył się na Stadionie Olimpijskim 3 września.

Wystartowało w nim 9 zawodników. Od początku biegu silne tempo narzucił jeden z faworytów Konow z ZSRR, za którym pomknął Belg Roelants i inny Rosjanin Soko­łów. Krzyszkowiak biegł w drugiej grupie, która traciła do prowadzącej trójki nawet osiem metrów. Na półmetku na prowadzeniu był już Sokołów, ale przewaga nad Krzyszkowiakiem nie malała. Wtedy Polak zaczął przyspieszać. Najpierw wyprzedził Konowa, potem Belga, pozostał jeszcze Sokołów: „ Ostatnia runda. Są w połowie wirażu. Krzyszkowiak nadal drugi. Wyszli na przeciwległą prostą. Środek prostej. Już tylko 250 metrów do taśmy. Krzyszko­wiak wciąż o metr za Sokołowem. Rosjanin próbuje kolej­nego ataku. Oderwał się półtora metra!... I oto w momencie, kiedy Sokołów odrywa się, następuje raptowny finisz Polaka. Krzyszkowiak zobaczył, że do kolejnej przeszkody dzieli ich jeszcze 30 metrów. Mija więc błyskawicznie przeciwnika, aby jako pierwszy przeskoczyć nad płotem. Od razu ma dwa metry przewagi! Sokołów jakby stanął w miejscu. Zupełnie załamał się. Cztery metry przewagi. Na trybunach wzmaga­jący się grzmot oklasków. Jeszcze rów z wodą. Płynny pod­bieg. .. Tym razem wszystko było rytmicznie, odbicie i dale­ki skok. Ani kropla nie trysnęła spod pantofli. Sokołów o 10 metrów w tyle. Finisz Krzyszkowiaka nabiera jeszcze więk­szego rozpędu. Przewaga wzrasta. Już 17 metrów. Trudno opisać, co dzieje się na trybunach wśród Polaków. Krzyszkowiak jest już na ostatniej prostej. Teraz dopiero ogląda się. Sprawdza, jak daleko został Rosjanin. Uznaje, że dystans jest wystarczający, więc lekko zwalnia. Tak dobiega do mety. Swobodnym, zupełnie rozluźnionym krokiem" - pisze o ostatnich metrach mistrzowskiego biegu Krzyszkowiaka Bohdan Tomaszewski w książce „Kariera z kolcami". - Bieg zaplanowałem dość elastycznie. Dobrze, że nie dałem się nabrać na przyspieszenie tempa na samym początku. Trzymając się Rżyszczyna kontrolowałem swobodnie bieg. Przegonienie Sokołowa na przeciwległej prostej na ostatnim okrążeniu przyszło mi bez trudu. Złoty medal uwieńczył sportową część mojego życia. Niczego więcej jako sportowiec już nie pragnę - komentował swój sukces Krzyszkowiak na łamach „Przeglądu Sportowego". To był drugi triumf olimpijski polskiego biegacza od czasu złotego medalu Janusza Kusocińskiego na igrzyskach w 1932 roku w Los Angeles. Pokonał 3 km z przeszkodami w 8.34,2. Drugie miejsce zajął Sokołów, który na mecie stracił 2,2 s. a brą­zowy medal jego rodak Siemon Rżyszczyn (8.42,2)

W drugim swym olimpijskim starcie na 10 km lekkoatle­ta Zawiszy zajął siódme miejsce.

Jego kolegom klubowym start w Rzymie udał się mniej. Kowalski odpadł już w ćwierćfinałowej fazie biegu na 400 m, choć typowano go do awansu do grona finalistów. Odpadł też w półfinale sztafety 4 razy 400 m. Przez elimi­nacje nie przebrnęli pozostali zawiszanie. Pod koniec maja 1961 roku nadeszła do Polski niespo­dziewana wieść, że Krzyszkowiak stracił swój rekord świa­ta na 3 km z przeszkodami. W Kijowie szybszy od złotego medalisty z Rzymu był Grigorij Taran. Wówczas w kraju zapadła decyzja, żeby szybko odebrać go z powrotem dla Polski i Krzyszkowiaka. Bicie rekordu świata zaplanowano na l O sierpnia. Począt­kowo miało się odbyć w Bielsku, ale prognoza pogody była niekorzystna i przeniesiono ją do Wałcza - „Bielsko nie zobaczyło Krzyszkowiaka i jego  rekordowego  biegu. Podobno PZLA dogadał sif z synoptykami i w obawie przed deszczem przeniósł w ostatniej chwili próbę bicia rekordu na 3000 m z przeszkodami z Bielska do Wałcza, gdzie pogoda miała być znakomita. W Wałczu burza rozpoczęła się na­tychmiast po wspaniałym biegu naszego rekordzisty. W Biel­sku grzmi dotychczas, ponieważ kilka tysięcy ludzi zostało wystrychniętych na dudka" narzekali dziennikarze „Sportu". W Wałczu Krzyszkowiak miał wyśrubować rekord do poziomu   8.27,0.   Taki   ustalono  harmonogram  biegu. Lekkoatleta Zawiszy nie miał wartościowych partnerów, dziś nazywanych „zającami". Biegł właściwie sam. Pierwsze dwa okrążenia były wolniejsze niż przewidywał plan. Potem bieg był szybszy i po 2 kilometrach Krzy­szkowiak miał czas 5.43,8 - o 0,2 s lepiej niż było w har­monogramie. Ostatni kilometr już odbywał się w blasku

błyskawic i huku grzmotów. 3 tysiące widzów dopingo­wało samotnego zawodnika, który rekord świata, po raz drugi w karierze pobił. Uzyskał 8.30,4 - o 0,8 s lepiej niż Taran.

Dwa tygodnie później wielki sukces zawiszanie odnieśli na mistrzostwach Polski. Zdobyli aż 8 tytułów mistrzows­kich. Trzy złote medale zdobyła wtedy Teresa Ciepły, dla której był to pierwszy sezon w Zawiszy. Wcześniej startowała w ŁKS Łódź, a jej mąż - Olgierd - w Budowlanych Wrocław.

Do Bydgoszczy sprowadził ich szef sekcji lekkoatletycznej Zawiszy kpt. Edmund Milecki. Zdecydował szybki przy­dział mieszkania na Osiedlu Leśnym przy al. 22 lipca (obecnie al. 11 Listopada). Teresa i Olgierd Ciepli prze­prowadzili się na stałe do Bydgoszczy 17 grudnia 1960 roku, a w kolejnym sezonie przysparzali już chwały Zawiszy. Pierwszy szczyt triumfów Teresy Ciepły przypadł na mis­trzostwa Europy w Belgradzie w 1962 roku, z których przywiozła trzy medale: dwa złote (80 m przez płotki i sztafeta 4 razy 100 m) oraz brązowy (100 m). Zawisza zdobył w sumie pięć krążków, bo dwa srebrne zawisły na szyjach sprinterów: Jerzego Juskowiaka i Zbigniewa Syki, uczestników sztafety 4 razy 100 m.

Czwarte miejsca wywalczyli: Juskowiak (100 m) - pięciu pierwszym zawodnikom zmierzono ten sam wynik 10, 4 i sędziowie długo debatowali o kolejności w tym biegu oraz Jaskólski (trójskok), Marian Machowina (oszczep). Piąty był O. Ciepły (młot). Kowalski odpadł w półfinale 400 m.

W 1962 roku T. Ciepły dokonała także innego histo­rycznego wyczynu, pobiła rekord Polski na 100 metrów w czasie 11,5 sekund, który od 25 lat należał do legen­darnej Stelli Walasiewiczówny.

Tytuł mistrzyni Europy w biegu płotkarskim na 80 metrów przyszedł jej z wielkim trudem. Walka w finale w Belgradzie była niezwykle zacięta. Cztery płotkarki minęły linię mety w jednakowym czasie (mierzonym wówczas oczywiście jeszcze na ręcznych stoperach) 10,6. O kolejności zadecydowała fotokomórka. Polka była o centymetry szybsza od Niemki Karin Balzer. W finale stumetrówki bydgoska lekkoatletka przegrała z Brytyjką Hyman i Niemką Heine, ale potem w znacznym stopniu przyczyniła się do zwycięstwa naszej sztafety 4 razy 100 metrów (Piątkowska, Sobotta, Szyroka, Ciepły). Nasze reprezentantki zaledwie o 0,1 sekundy wyprzedziły Niemki o 0,4 s Brytyjki, wyrównując rekord Europy. Te sukcesy spowodowały, że w 1962 roku Teresa Ciepły zo­stała wybrana przez czytelników „Przeglądu Sportowego" najlepszym polskim sportowcem.

To był rekordowy rok dla lekkoatletów Zawiszy, którzy z ME w Belgradzie przywieźli dwa złote, dwa srebrne i brązowy medal, zdobyli też 8 tytułów mistrzów Polski.

Dla bohatera z Rzymu Krzyszkowiaka rok 1962 był za to najbardziej nieszczęśliwy w karierze. We wrześniowych mistrzostwach Europy w Belgradzie odpadł w przedbiegu z powodu kontuzji. Natomiast najbardziej pechowy był dla niego 13 października, kiedy wystartował we Frankfurcie nad Menem w meczu Polska - NRF w swoim koronnym biegu na 3 km z przeszkodami. Przewrócił się w tej imprezie na jednym z płotów, nie ukończył biegu i odniósł poważną kontuzje, która była potem główną przyczyną zakończenia kariery. W 1963 roku zaczął od kolejnego urazu w marcu w Brukseli. Pod koniec tego roku oficjalnie pożegnał się z bieżnią w wieku 34 lat. Pozostał w Zawiszy jako trener i wychowawca młodzieży. Krzyszkowiak, dziś patron stadionu w Bydgoszczy, nie doczekał  się  niestety startu  na  olimpiadzie  w Tokio 1964 roku, która była chwilą największego triumfu Teresy Ciepły.

Zdobyła na tych igrzyskach dwa medale: srebrny w biegu płotkarskim i złoty w sztafecie 4 razy 100m. Olimpiada w stolicy Japonii odbywała się dopiero w październiku.   Złoty  finał  80   metrów  przez  płotki   miał miejsce 19 października.

Tak wspomina niesamowite wyczyny bydgoskiej lekkoatletki na igrzyskach w stolicy Japonii w swojej książce "Dziesięć moich olimpiad" radiowy dziennikarz Bohdan Tomaszewski: „Na płotkach mieliśmy w blokach stanowych dwie Polki; Ciepłą i Piątkowską. Pierwszy plotek wszystkie przeszły razem, a potem wysunęła się najlepsza technicznie Balzer, lecz oto Teresa Ciepły w połowie dystansu rozpoczęła pełen brawury atak. Doszła Balzer (...). Szybki bieg, wyrównane siły. Przez długi czas nie wiadomo, kto zwyciężył. Wiemy tylko, że Ciepły ma medal. Ale jaki? Wszyscy patrzą na tablicę świetlną. Wreszcie zapala się literka za literką. 1. Balzfr - 10,5, 2. Ciepły - 10,5, 3. Kilborne - 10,5. To był czas równy rekordowi świata i lepszy od rekordu olimpijskiego, ale wiatr wiał ze zbyt wielką prędkością 2,3 m/s.

Trzy dni później zawodniczka bydgoskiego Zawiszy stanęła na bieżni w finale sztafety 4 razy 100 metrów. Ciepły rozpoczynała sztafetę, biegając na pierwszej zmianie.

Konrad Gruda w książce „Droga do Tokio" wspomina: "Zawodniczki pochyliły się nad blokami startowymi. Teresa Ciepły trzyma pałeczkę w prawej ręce. Będzie się starała przebiec wiraż po najkrótszej drodze, tuż przy lewej, wewnętrznej linii. Przed nią, na sąsiednim torze, z prawej strony -jedna z najstarszych zawodniczek - Willye White. Jeszcze spojrzenie Na Irenę, która pochylona do przodu, z odwróconą w stronę Teresy głową, stoi nieco na prawo od środka toru. A więc wszystko jest w porządku. Bloki startowe wypróbowane.

Podbiegając lekko, podchodzi do startu, kiedy wzywa je glos startem. Klęka. Opiera się na rękach. Jeszcze raz poprawia chwyt pałeczki, którą musi trzymać za koniec. Pada komen­da i niespodziewanie szybko rozlega się strzał. Pani Teresa wyszła z bloków bez opóźnienia, ale nieco za wolno. W po­łowie miała już swoją szybkość i wiedziała, że odrabia stra­cony teren (...) Zdążyła pomyśleć, że koleżanka dobrze przejęła pałeczkę - tuż przy jej dłoni - i krzyknęła ostatnim oddechem: Goń!".

Pozostałe koleżanki: Irena Kirszensztein, Halina Górecka oraz Ewa Kłobukowska nie zawiodły i pierwsze minęły linię mety w czasie 43,6. Drugie były Amerykanki a trze­cia Wielka Brytania.

Niezwykła jest historia powitania podwójnej medalistki w Bydgoszczy po olimpiadzie. Do Polski Teresa Ciepły razem z mężem Olgierdem wracali przez Hongkong, Bombaj, Karaczi, Kair, Zurych, Wiedeń. W Bydgoszczy szykowano oczywiście wielkie przyjęcie pierwszej w his­torii miasta kobiety-triumfatorki igrzysk. Do Warszawy pojechała delegacja, by z lotniska odebrać lekkoatletów. Na Okęciu zastała ich informacja, że samolot spóźni się półtorej godziny. Wyszli więc do kawiarni, a 30 minut później wylądował samolot z olimpijczykami. Jakie było zdziwienie Teresy i Olgierda Ciepłych, kiedy nikt z ich miasta nie witał sportowców. - Przed Okęciem stała warsza­wa. Zapytałem kierowcy, czy chce zarobić i pojechaliśmy z nim do Bydgoszczy - mówi pan Olgierd. Dotarli na miejsce wieczorem.

By nie zawieść oczekujących swej mistrzyni kibiców kpt. Milecki, urządził powitanie nazajutrz. Trzeba było jednak najpierw wywieźć olimpijczyków z Bydgoszczy do Torunia. - Wzięłam z sobą jakąś torbę. Wsiedliśmy w To­runiu do pociągu. Założyłam na siebie medale i wracamy do Bydgoszczy. Na dworcu witał nas wielki tłum ludzi. Stali dosłownie głowa przy głowie - mówi Teresa Ciepły. - Żeby było jeszcze zabawniej tym samym pociągiem przyjechał na koncert do Bydgoszczy sławny kompozytor Aram Chaczaturian. Jakież było jego zdziwienie, kiedy się zorientował, że fety nie urządzono na jego cześć- opowiadał Olgierd Ciepły. Sam też startował w finale olimpijskim rzutu młotem. Zajął ósme miejsce. W sumie w Tokio wystąpiło sześcioro lekkoatletów Zawiszy. Jedynie Syka odpadł w elimina­cjach biegu na 100 metrów. Pozostali zawodnicy znaleźli się w finałach. Dwunasty był w trójskoku Jaskólski (l 5,80 m), a szóste pozycje zajmowali Zenon Begier w rzucie dyskiem (57,06 m) oraz Witold Baran na 1500 metrów (3.40,3), który miał wielkie szansę na medal. Był jednym z faworytów tej konkurencji. 4 sierpnia 1964 roku w Lon­dynie na British Games ustanowił rekord Europy na l mile. Przebiegł ten klasyczny dystans w 3.56,0. Na igrzyskach, w finale 1500 metrów, przeszkodziło Baranowi w sukcesie przede wszystkim słabe tempo finału. Był w Tokio w świetnej formie - w półfinale pobił rekord Polski na 1500 m (3.38,9). W rozgrywce o medale po dwóch pierwszych okrążeniach rywale zwolnili, czeka­jąc na finisz. Jeszcze 100 metrów przed metą Baran znaj­dował się na trzeciej pozycji, ale został wyprzedzony jeszcze przez trzech zawodników. Czas 3.40,3 dał szóste miejsce. Powtórka wyniku z półfinału dałaby srebro. W roku poolimpijskim tradycyjnie już nie było wielkich imprez, ale warto wspomnieć o udziale trzech zawiszan w rozegranym po raz pierwszy w 1966 roku Pucharze Europy. Reprezentacje kobiet i mężczyzn startowały w finale w Stuttgarcie. Olgierd Ciepły był czwarty, Witold Baran drugi na 5000 m a Zenon Begier wygrał rzut dyskiem. To był udany rok dla tego dyskobola, który poprawił też rekord Polski w swojej konkurencji (60,49 m) Rok 1966 jest uznawany za koniec wielkiej epoki wunderteamu. Był to także koniec złotej ery dla lekkoatlety­cznej sekcji WKS Zawisza uwieńczonej znakomitym występem młodego, 21-letniego wtedy, 400-metrowca Edmunda Borowskiego (jego trenerem był Jerzy Kowalski, olimpijczyk z Rzymu, który zakończył karierę w 1965 roku) na mistrzostwach Europy w Budapeszcie. Znalazł się w czwórce Polaków, z Janem Wernerem, Stanisławem Grędzińskim oraz Andrzejem Badeńskim, która wygrała złoty medal w sztafecie 4 razy 400 metrów (3.04,8).

Tylko trzy centymetry do brązowego medalu zabrakło trójskoczkowi Jaskólskiemu - uzyskał 16,57 m i był czwarty. Begier - trzeci lekkoatleta Zawiszy - zajął siódme miejsce (55,94 m).

Sukcesy zawiszan w hali (1967 - 2003)

Mistrz Europy z Budapesztu Borowski znakomicie za­czął kolejny sezon. Na Europejskich Igrzyskach Halo­wych w Pradze (wówczas po raz drugi rozegrano te zawo­dy jako nieoficjalne halowe mistrzostwa Europy). Czwór­ka zawodników, która rok wcześniej wygrała złoto na mis-

trzostwach Europy w Budapeszcie nie zawiodła także zimą pod dachem. Zajęli drugie miejsce w sztafecie na nietypowym dystansie 4 razy 2 okrążenia (jedno miało około 150 metrów). W Pradze tylko Borowski reprezen­tował Zawiszę.

Do wysokiej dyspozycji dochodzi w tym roku drugi z wychowanków Kowalskiego - Waldemar Korycki. Potwierdził to zimą 1968 roku w kolejnych EIH, które rozegrano w Madrycie. Korycki zdobył dwa medale w biegach rozstawnych: złoty w sztafecie 4 razy 2 okrą­żenia oraz srebrny w biegu 1+2+3+4 okrążenia. W tej sztafecie pobiegł także Borowski.

Najważniejszą imprezą roku 1968 była jednak olimpiada w Meksyku. Na igrzyska pojechało tylko dwóch lekko­atletów Zawiszy, i po raz pierwszy od igrzysk w Melbourne '56, żaden nie znalazł się w ścisłym finale. Borowski nie pobiegł w Meksyku w sztafecie 4 razy 400 metrów, był w niej tylko rezerwowym, a trójskoczek Jaskólski nie zdołał się w eliminacjach przebić do finałowej dwunastki.

Skrzywdzono Witolda Barana. PZLA wyznaczyło mu minimum wyższe niż pozostałym kandydatom na wyjazd do Meksyku i nie zdołał go uzyskać. Zawodnik Zawiszy udowodnił w kolejnym roku, ze był to wielki błąd. W lipcu 1969 roku na stadionie Colombes w Paryżu poprawia rekord Polski na 5000 m należący do Kazimierza Zimnego (13.41,6). Baran staje się jednym z głównych faworytów mistrzostw Europy w Atenach. Miesiąc po rekordowym biegu w Paryżu na mistrzost­wach Polski doznał kontuzji nogi i musiał zejść z bieżni. W ME w stolicy Grecji już nie pobiegł. Honoru Zawiszy broniło tam pięciu innych lekkoatletów klubu. Najlepiej spisał się Wiesław Sierański, który był niespodziewanie piąty w rzucie oszczepem (79,74 m). Tadeusz Janczenko zajął 13. lokatę w dziesięcioboju, Kazimierz Wardak i Stanisław Waśkiewicz odpadli w półfinale 800 metrów, podobnie jak Eryk Żelazny na 1500 m. Halowe mistrzostwa Europy w Wiedniu w marcu 1970 roku przyniosły srebrne medale Borowskiego, Wardaka i Eryka Żelaznego, którzy pobiegli razem w sztafecie 2+3+4+5 okrążeń. Latem, w sierpniu, Borowski był uczestnikiem polskiej sztafety 4 razy 400 metrów, która zwyciężyła w Pucharze Europy w Sztokholmie. W latach siedemdziesiątych grupa seniorskich gwiazd bydgoskiego Zawiszy ciągle znajdowała miejsce w repre­zentacji Polski.

Zdobywali medale, ale przede wszystkim w halowych mistrzostwach Europy. W 1977 roku w San Sebastian dwa brązowe medale wywalczyli Marian Gęsicki (400 m) i Mariusz Klimczyk (tyczka).

Niestety, na największych imprezach: igrzyskach olimpijskich i mistrzostwach Europy (pierwsze mistrzostwa świata w Helsinkach odbyły się dopiero w 1983 roku) brakowało już medali

Jedynym rodzynkiem był Korycki, który zajął miejsce Borowskiego w sztafecie 400-metrowców i w 1971 roku, na mistrzostwach Europy w Helsinkach zdobył razem

z Badeńskim, Janem Balachowskim i Wernerem srebrny medal.   Był  to  wówczas  jeden   z   dziewięciu   krążków wywalczonych przez biało-czerwonych. W 10-boju wys­tartował w Helsinkach Tadeusz Janczenko - był dwunasty.

Na igrzyskach olimpijskich w Monachium w 1972 roku dziesięcioboista z Zawiszy znalazł się w już w czołowej dziesiątce najlepszych wieloboistów świata. Zajął ósme

miejsce (7861 pkt). W 1973 roku poprowadził polską

drużynę 10-boistów do sensacyjnego zwycięstwa w Pucharze Europy. Taka sama impreza odbyła się w 1975

roku na stadionie Zawiszy. Polacy z Janczenko zajęli wtedy drugą pozycję.

W 1974 r., na mistrzostwach Europy w Rzymie, debiutował w wielkiej imprezie dyskobol Stanisław Wołodko (20. miejsce),   który   razem   z   Marianem   Gęsickim reprezentowali  Zawiszę  na  olimpiadzie  w  Montrealu. Wołodko  nie  przeszedł  eliminacji,   a  Gęsicki  odpadł

w półfinale 800 metrów. Przegrał jednak ze znakomitymi zawodnikami: Kubańczykiem Alberto Juantoreną i Belgiem Ivo van Damme.

Koniec lat 70-tych przyniósł pierwsze sukcesy tyczkarza Mariusza Klimczyka. To był jednak czas polskiej szkoły tyczki, której najbardziej znakomitymi przedstawicielami byli Władysław Kozakiewicz i Tadeusz Ślusarski. Klim­czyk był tym trzecim. Na arenie międzynarodowej poka­zał się podczas mistrzostw Europy w Pradze (1978 rok), gdzie znalazł się w finałowej dwunastce, ale w niej już nie zaliczył żadnej wysokości. Był też trzecim z Polaków w pa­miętnym konkursie skoku o tyczce na olimpiadzie w Moskwie w 1980 roku, kiedy wygrał Kozakiewicz przed Ślusarskim. Klimczyk zajął szóste miejsce z rekor­dem życiowym 5,55 m.

Wielką szansę na medal mistrzostw Europy miał jeden z najlepszych polskich maratończyków lat 80. Ryszard Marczak, który znajdował się w bardzo dobrej formie przed mistrzostwami Europy w Atenach (1982). Był zre­sztą jedynym reprezentantem Zawiszy na tych zawodach. Wskutek błędu naszych, działaczy polscy maratończycy, oczekiwali na start w historycznym Maratonie wiele godzin. W takiej sytuacji siódme miejsce zmęczonego Marczaka to sukces zawodnika Zawiszy. Kolejnym znakomitym wychowankiem trenera Romana Dakiniewicza był Mirosław Chmara. W 1988 roku sko­czył o tyczce aż 5,90 m, poprawiając rekord Polski. Ten wynik nie został pobity do dziś. Chmara ustanowił go w czerwcu 1988 i dwa miesiące później, na olimpiadzie w Seulu, stał się jednym z kandydatów do medali. Niestety w finale rozpoczął od zbyt dużej wysokości i nie zaliczył żadnego udanego skoku. Jedyny medal na międzynarodowej imprezie zdobył w Halowych Mistrzo­stwach Europy, które odbyły się w Hadze, rok po nie­udanej olimpiadzie w Seulu. Zajął w Hadze trzecie miejsce. Chmara dwa razy startował w mistrzostwach świata: w Rzymie 1987 i w Tokio 1991, ale odpadł w kwalifika­cjach. Prześladowały go czwarte pozycje. Tak było w Halo­wych Mistrzostwach Świata w Budapeszcie w 1989 roku oraz w HME w Madrycie (1986) i Budapeszcie (1988). Olimpiada w Barcelonie w 1992 roku to znowu występ dwóch zawodników Zawiszy: Piotra Piekarskiego na 800 metrów i Wiesława Perszkego w maratonie. Sukcesów nie było. Piekarski odpadł w półfinale, a Perszke był 21. Dla Piekarskiego - wicemistrza Europy juniorów na 800 m z 1983 r. - który przez 17 lat (1980-1997) reprezen­tował barwy Zawiszy, najlepszy był sezon 1990. Na mis­trzostwach Europy seniorów w Splicie zajął wówczas trze­cie miejsce w finale 800 metrów. Rok później, w finale mistrzostw świata w Tokio zajął piąte miejsce.

Ostatnimi olimpijczykami-lekkoatletami rodem z szy byli Tomasz Jędrusik i Sebastian Chmara, którzy wys­tartowali w Atlancie w 1996 roku.

Jędrusik trafił do Zawiszy, kiedy zaczął odbywać służbę wojskową w Bydgoszczy. W Atlancie znalazł się, jako jeden z członków ekipy trenera kadry, Józefa Lisowskiego. W półfinale pobiegł w sztafecie 4 razy 400 metrów za Pawła Januszewskiego. Wystartował też potem w finale tej konkurencji

- Sędziowie pokazali mi punkt regulaminu, w którym jest napisane, że zawodnik, który został wycofany w półfinałach, nie może wrócić - mówił Lisowski, który wycofał Januszewskiego chcąc oszczędzić jego siły na finał. Jędrusik musiał więc za niego pobiec także w finale olimpijskim. Polacy zaczęli doskonale. Zajmowali czwarte miejsce za Amerykanami, Anglikami i Jamajczykami. Potem jednak wyprzedzili ich Japończycy i Senegalczycy. Skończyli na szóstym miejscu.

Chmara zajął na igrzyskach w Atlancie 15. miejsce poprawiając rekord Polski, 8239 pkt - 10-bój w Atlancie stał na niesamowitym poziomie. Popełniałem banalny błąd techniczny podczas skoku o tyczce. Straciłem na tym z 60 pkt. Przesunąłbym się do pierwszej ósemki - opowiada Chmara, który zaczął w Zawiszy od uprawiania kaja­karstwa, ale już w pierwszej klasie Technikum Mecha­nicznego nr l za namową Kazimierza Koszewskiego zaczął ćwiczyć lekkoatletykę. W 1987 roku trafił w Zawi­szy do grupy Eugeniusza Szczerkowskiego. Razem z nim trenował jeszcze późniejszy długoletni szkoleniowiec Chmary, Wiesław Czapiewski.

W 1990 roku w Płowdiw, podczas mistrzostw świata juniorów był w dziesięcioboju siódmy. Rok przed startem w Atlancie, zdobył na Uniwersjadzie srebrny medal

- Moje nazwisko zaczęło wtedy coś znaczyć. Mogło być wtedy złoto, bo prowadziłem ze znaczną przewagę i złapałem kon­tuzję nadgarstka na skoku o tyczce. Przerwałem skakanie na 4.70 m i pobiegłem na oszczep, żeby zdążyć oddać jakiś rzut, bo ręka puchła mi w oczach    To był mój pierwszy pech. W sumie cała moja kariera toczyła się pod znakiem pecha - mówi Chmara.

Pech odebrał mu wielką szansę na medal w mistrzostwach świata w Atenach w 1997 roku. Po pierwszym dniu Chmara był czwarty. Bolała go noga i lekarze zdiagnozowali, że to złamanie kości śródstopia i zakazali mu startów - Mogłem z tym bólem startować, ale złamanie brzmiało zbyt groźnie W Polsce okazało się, że miałem zapalenie kaletki maziowej. Szkoda, bo mogłem spokojnie ukończyć zawody. Byłem wtedy bardzo blisko medalu - żału­je Chmara.

Największe sukcesy odnosił w hali, w siedmioboju. - Na moje lepsze wyniki w hali na pewno wpływ miał brak rzutu oszczepem, bo w tej konkurencji odstawałem od rywali. Poza tym mimo wszystko nie miałem w swojej karierze dziesięciobojowej na otwartym stadionie normalnego startu, bez obciążenia kontuzją - wspomina zawodnik. Pierwsze złoto w siedmioboju wywalczył w 1998 roku, w halowych mistrzostwach Europy w Walencji. Do re­kordu Europy w hali zabrakło wtedy Chmarze tylko trzech punktów - Organizatorzy popełnili błąd i puścili wszystkich startujących wieloboistów na 1000 metrów w jed­nej serii. Był tłok i trzeba było być ostrożnym, żeby w ścisku nie stracić pewnego już złota, które miałem w kieszeni. Szkoda, bo miałem szansę na kosmiczny wynik, bliski rekor­dowi świata Dana O 'Briena - opowiada Chmara. Latem 1998 roku lekkoatleta Zawiszy pobił też rekord Polski na otwartym stadionie w 10-boju. 17 maja w hiszpańskiej miejscowości Ałhama uzyskał aż 8566 punktów. Minęło od tego momentu dziesięć lat, ale to do tej pory rekord Polski.

Jednak na rozegranych w 1998 roku w mistrzostwach Europy w Budapeszcie Chmara nie ukończył swej konku­rencji - Zerwałem mięsień dwugłowy. Wszystkie moje starty latem na najważniejszych imprezach układają się w ciąg nieszczęśliwych zdarzeń - wspomina lekkoatleta Zawiszy. 7 marca 1999 roku Chmara osiągnął najlepszy wynik w karierze. Został halowym mistrzem świata. W Japonii w Maebashi uzyskał 6386 punktów. - Startowali wtedy wszyscy najlepsi z Czechami Tomaszem Dyorzakiem i Ro­manem Sebrle.

Start w Maebashi okazał się ostatnim, ukończonym startem Chmary w wieloboju. Dwa miesiące później zerwał ścięgno Achillesa.

- Po operacji w maju 1999 roku większe obciążenia przyj­mowałem na zdrową, lewą nogę. Powtarzały się z tego powodu ciągłe kłopoty ze zdrowiem. Ja też niepotrzebnie za wszelką cenę chciałem wystartować na olimpiadzie w Sydney w 2000 roku. Gdyby spokojnie poczekać i trenować z umia­rem miałbym szansę przygotować się do igrzysk w Atenach, cztery lata później - mówi Chmara.

Z uprawiania sportu zrezygnował w 2001 roku po zerwa­niu mięśnia dwugłowego podczas skoku w dal rozgry­wanym w ramach w 10-boju na mistrzostwach Polski w Szczecinie - Organizm mi zakomunikował, że ma już dość - opowiada najlepszy polski wieloboista. Przełom lat 90 i początek nowego stulecia stał w Zawiszy pod znakiem sukcesów Chmary oraz znakomitego płotkarza Artura Kohutka. To jego udziałem jest ostatni, jak do tej pory, w dorobku bydgoskiego klubu, medal w seniorskich mistrzostwach Europy - w Monachium w 2002 roku. Na międzynarodowej arenie zadebiutował, podob­nie jak Chmara, w mistrzostwach świata juniorów w Płowdiw. Był jednak uczniem innej, bydgoskiej szkoły - Technikum Samochodowego - w którym przez wiele lat wychowywali się pod okiem trenera Stanisława Olczyka utalentowani lekkoatleci Zawiszy. - Najpierw skupiłem się na skoku w dal, ale mój pierwszy trener zauważył, że mam smykałkę do biegania przez płotki - wspomina Kohutek. W 1990 roku w Płowdiw nie dostał się do finałowej ósemki. Miał jednak najlepszy czas spośród tych, którzy odpadli, więc teoretycznie zajął dziewiąte miejsce. Szczyt formy przeżywał w 1997 roku, kiedy pobił aktual­ny do dziś rekord Polski na 110 metrów przez płotki. Na mistrzostwach świata w Atenach w eliminacjach pobił wynikiem 13,27 sekundy rekord kraju. W finale już nie wystąpił Kibice zamiast Kohutka zobaczyli puste pole startowe. „Artur Kohutek - DNS (did not start), czyli Artur Kohutek nie wystartował".

-     Rekord Polski  był dla   mnie szaloną   niespodzianką. Pojechaliśmy w ciemno do Aten. A tam pierwszy start i od razu 13,39 już o 9. rano. Kolejny bieg w półfinale był już rekordem Polski. Przed finałem dopadł skurcz łydki mnie mocno. Trzymało mnie potem przez tydzień czy dwa. Jednak przez to, że nie stanąłem na starcie, nie ma nawet mojego nazwiska wśród listy uczestników finału w historycznych zestawieniach - żałuje Kohutek

I tak skończyło się to po powrocie do Polski operacją.

-   Kontuzje to jego zmora, gdyby nie one, mógłby osiągać jeszcze lepsze wyniki - twierdzi trener płotkarza Wiesław Czapiewski.

Przez kłopoty ze zdrowiem Kohutek nie pojechał na kolejne mistrzostwa świata w Sewilli w 1999 roku. Nic jed­nak nie przeszkodziło Kohutkowi w zdobyciu medalu na mistrzostwach Europy w Monachium w 2002 roku. 10 sierpnia odbył się szczęśliwy finał biegu na 110 metrów przez płotki. Najpierw był falstart, ale Kohutek wytrzy­mał napięcie. - W Monachium wiedziałem, że jestem mocny. Nie wierzyłem jednak w medal. Dopiero po półfinale wiedziałem, że podium jest możliwe. To było ukoronowanie mojej kariery. Jeszcze w 2007 roku w wieku 36 lat Kohutek stanął na trzecim stopniu podium mistrzostw Polski. Latem 2008 roku zaprzestał trenować i nieoficjalne jeszcze wtedy ogłosił zakończenie kariery sportowej. - Pomagam teraz trenerowi Czapiewskiemu w pracy z moimi kolegami plotkarzami - mówi Kohutek.

 

 

 

 

Sponsorzy

Partnerzy